Od wielu miesięcy obserwujemy w Scholandii coś, co poetycka wrażliwość każe mi nazwać mianem, powiedzmy, „syndromu dopieprzania”. Nie chodzi tu o jakiś brak kultury osobistej- akty zachowań obraźliwych nie zdarzają się u nas często, a jeżeli już jakieś mają miejsce, to dokonują ich stałe osoby. Chodzi o to, że Scholandia w zasadzie podzieliła się na trzy obozy: obóz władzy, obóz przez władzę wyklęty oraz kilka osób, które zmieniają postawy jak rękawiczki, byle tylko się w pasować w nowy kontekst i swoje zyskać. Realizuje się to na kilku płaszczyznach.
Gospodarcza piaskownica
Najwyraźniej ten stały trend widać w kontekście zamówień publicznych. Wygra nie-Landecki: jest ok! Wygra Landecki- zaczyna się procedura szukania haków. Wygra Landecki przetarg ogłoszony przez Nerudę- afera murowana. I choćby była to jedyna oferta wysłana na minutę przed końcem przetargu- afera musi być. Bo przecież przetarg był ustawiony. Dowody? Landecki i Neruda…
Chcemy twardych zasad- niech będzie. Tylko niech dotyczą one wszystkich Scholandczyków. Cóż bowiem powiedzieć o sytuacji, w której Minister Gospodarki, prywatnie syn Ministra Finansów, wygrywa przetarg sprzedając towar mocno poniżej ceny minimalnej, a protesty przegranych kituje żartami? Kiedy zrobiłem Landeckiemu bożonarodzeniowy żarcik i ogłosiłem na liście dyskusyjnej, że zasponsoruje on wigilijną kolację każdemu Scholandczykowi, na sam pomysł się zgodził, ale dostałem ochrzan za konsekwencje prawne. Bo to nieuzgodnione z rządem i teraz afera na pół Scholandii będzie. Co prawda mały wybieg sprawił, że nawet Mordeckiemu głupio było się przyczepić, ale… Księciu Krwi wolno, a zwykłemu obywatelowi nie?
Inną kwestią jest związany z tym problem kreacji prawa, czasem zresztą nielegalnego. Prawa nie tworzy się już za czymś, lub przeciw jakimś zjawiskom. Nie tworzy się go nawet pod konkretne osoby, lecz przeciw konkretnym osobom. Prezes Lis przez zaniedbanie doprowadził do zapadnięcia się budynku produkcyjnego spółki Skarbu Państwa. Ogłasza to publicznie, przeprasza i zapowiada naprawienie szkody. Pożycza pieniądze od Landeckiego i budynek odbudowuje. I co? I afera, groźby procesów, ogłaszanie wyssanych z palca interpretacji ustaw i operacji finansowych. Ultimatum- jeżeli ktoś pożyczał pieniądze i nie oddał w formie pieniądza, ma zwrócić zaległy podatek od darowizn do dnia XXX. Przepraszam, ale… Co Ministra Finansów obchodzi, w jakiej formie ja spłacam pożyczki? Tekstem, poradą prawną czy w naturze? To jednak nieważne- jest Landecki, jest Lis- jest komu przychrzanić.
To zresztą działa w obydwie strony, czego przykładem jest ostatnia propozycja, by ministrom KRS zabronić udziału w przetargach publicznych. Typowa zemsta obozu „wyklętych” wymierzona w obóz „władzy”. I w tym kontekście pojawia się głos karierowiczów- akurat przeciwny, bo są w rządzie. Gdyby byli poza nim- poparliby proponowane rozwiązanie.
Obstrukcjonizm polityczny
Ta kwestia dotknęła mnie osobiście, bowiem złośliwa obstrukcja pewnego Scholandczyka zmarnowała całą moją kadencję na stanowisku Ministra Kultury. Czego bym nie zaproponował, odpowiedź była- nie. Centrum piłkarskie- nie. Centrum prasowe- nie. Zmiana funkcjonowania ligi piłkarskiej- nie. ”Bo są ważniejsze sprawy”. Swego czasu nazwałem to „Doktryną ważniejszych rzeczy” (prawa kolumna, “Prowincja, Głupcze!”) właśnie. Sytuacja była o tyle wkurzająca, że człowiek ten nie zajmował się niczym innym, jak tylko ukręcaniem łba rządowym projektom. A że reprezentował całą ówczesną opozycję Scholandzką, to sprzeciw ten oznaczał w zasadzie brak wystarczającego wsparcia społecznego, by projekty przeprowadzić.
„Nie, bo są ważniejsze sprawy”, „nie, bo to niedopasowane do realiów”, „nie, bo to się nie uda” czy po prostu „nie bo jesteś z innego obozu”- standardowa procedura udupiająca. Wobec braku silnych i liczebnych grup społecznych- udupiająca skutecznie. Czy dotyczyła działania prefektów, czy ministrów, wobec takiej opozycji urzędnicy byli i są bezsilni. Bo ile można współpracować z jedną i tą samą osobą wiedząc, że reszta zaneguje efekt prac, COKOLWIEK by nie powstało?
Etyka padalca
Padalca. Ale również hieny, sępa- jeszcze kilka zwierząt można tu wpasować. Będąc tu już kilka lat widziałem rzeczy różne. Było mi dane widzieć posła-prefekta, który w trakcie rozmów służbowych na temat bardzo poważnych zaniedbań w prowincji na pytanie o planowane działania naprawcze odszczekiwał Marszałkowi Parlamentu-MSWiA „Zostań tam, gdzie stoisz (…) nie zbliżaj się, bo jeszcze mnie czymś zarazisz…”. Po czym… robił na liście dyskusyjnej awanturę, że jest atakowany przez złego ministra. Widziałem polityków idących do wyborów z hasłami wielkiej sanacji i zmiany władzy, op czym przez całą kadencję nie byli w stanie nawet swojego biogramu napisać, nie mówiąc o jakichkolwiek pozytywnych działaniach. A po upływie dwóch kadencji znów byli buntownikami, psioczącymi na nieróbstwo władzy, która przyszła „z ulicy”, walcząc o „urżnięcie watahy”. Po czym dostawali się do Parlamentu i albo znikali bez słowa, albo bratali się z „watahą” w twórczym i płatnym nieróbstwie. Widziałem złośliwą obojętność na dzialania jednego z najlepszych prefektów ostatnich lat i obraźliwe odpowiedzi na jego proby wciągnięcia mieszkańców do współpracy, przy jednoczesnych narzekaniach, że prefekt nie potrafi zmobilizować wyborców do pracy dla prowincji. Po czym w następnych wyborach prefekt ów przegrywa z obojętnym wcześniej kontrkandydatem tylko dlatego, że tamten ma liczniejszą „rodzinkę”. I co robi zwycięzca? Zostawia prowincję i bez słowa przeprosin rezygnuje. Wraca stary prefekt jako pełniący obowiązki. Nowe wybory i…? „Rodzinka” oddaje puste głosy, byle owego prefekta przy władzy nie utrzymać. Jak to nazwać, nie używając wulgaryzmów? Osobista złośliwość, partykularyzm, karierowiczostwa i społeczna niedojrzałość nie może uzasadniać trwałego działania na szkodę prowincji bez ponoszenia politycznej odpowiedzialności za swe działania! A ta rodzinka jest dziś pełną gębą przy „korycie”.
Charakter mojego funkcjonowania w Scholandii sprawił, że miałem blisko niemal do każdego. Znajdując się w stałej rezerwie obozu rządzącego byłem wykorzystywany w sytuacjach bez wyjścia- kiedy brakowało ludzi na tyle, że nawet ja byłem do przełknięcia. Tym sposobem siedziałem w prowincjach, SCI, MSWiA, MK, MSZ, MFiG, Parlamencie i pewnie jeszcze kilku urzędach publicznych. Niebycie w pierwszej linii umożliwiało mi swobodną pracę w innych dziedzinach- kulturze, sporcie, głównie prasie- i utrzymywanie przyjaznych kontaktów niemal z każdym. Sprawiało to, że miałem i mam jeden z pełniejszych obrazów konfliktów scholandzkiego społeczeństwa. Konfliktów, w których (z wyjątkiem walki z „Doktryną ważniejszych spraw”) starałem się nie uczestniczyć. Jednak, jeżeli mimo propagandowego, wyborczego i ideowego wsparcia po raz kolejny słyszałem się, że pracuję za pieniądze Landeckiego, liberty Sarmatów (?!!) i podszepty Lisa, chcąc nie chcą przyjąłem wyznaczone mi w trzyosobowym obozie „wyklętych” miejsce. To i tak nieźle, zważywszy na nawoływania do niemal urzędowej banicji. Niemniej, mimo uwikłania w polityczne spory, spróbuję zakończyć ten tekst paroma pozytywnymi zdaniami.
Potrzeba nam nowej etyki biznesu…
Najwyższy czas skończyć z dualizmem „byle się zgłosić jako pierwszy!!!” oraz „byle wykiwać tych, co byli pierwsi!!!”. Firmy biorące udział w przetargach powtarzają się regularnie, więc kompromis między nimi jest możliwy. Jeżeli znany będzie plan przetargów i przyjmiemy, że wszyscy oferują produkty po cenach minimalnych, to zwycięzcy jednych przetargów mogliby odpuścić drugie i dać szansę innym. Nie jest to świat realny, w których od przetargu zależy chleb setek osób. To państwo wirtualne, w którym z wielu rzeczy można zrezygnować.
Celowo użyłem słowa „etyka”, który każe zwrócić się ku cechom charakteru. Chodzi mi bowiem o przyjazne nastawienie do innych przedsiębiorców, a nie powstanie jakiegoś kartelu blokującego dojście do zysków mniejszym graczom.
Oczywiście jest alternatywa. Dla przedsiębiorców- świadomość, że nad głową wisi topór Mordeckiego czekającego na źle postawiony przecinek. A dla władzy- świadomość ciągłej walki z każdym, kto nie należy do wąskiej kliki.
…nowej etyki współpracy…
Etyki pracy, która przestanie być ukierunkowana na „po co mi to?”, lecz zacznie myśleć w kategoriach „jak my wszyscy możemy się dzięki temu lepiej bawić?”. Wymaga to skończenia ze spoglądaniem na rząd i ministrów, bowiem obecny rząd w połowie składa się z ludzi, dla których ja czy reszta „spoza władzy” nie jestem już partnerem do rozmowy, a reszta rządu znalazła się tam chyba drogą losowania. Trzeba wziąć sprawy w swoje ręce, urzędy zostawiając karierowiczom, dla których są one ważne.
Odwieczny problem „dotacji” na projekty, które mają być rozwinięte, rozwiązać można korzystając ze skryptów niewielkich przelewów. Jestem zwolennikiem pozbawienia kierowników rządowych fasadowych instytucji informacyjnych stałych pensji. Zamiast nich pod każdym artykułem ich autorstwa zamieścić można owe skrypty, pozwalające przelać kwoty od, powiedzmy 5 do 25 Ar. W ten sposób skończymy z praktyką, w której urzędnikom płaci się za to, że są i zmusimy ich do PRACY, a nie do wypełniania luk kadrowych.
… oraz silnych grup społecznych.
Wobec rozpadu scholandzkich partii politycznych zanikły obywatelskie grupy współpracy. Zmusza to do pokładania wiary w realizację bardziej złożonych inicjatyw w rządzie i instytucjach centralnych. Dlatego odbudowa tych grup leży jak najbardziej w interesie Scholandii! Nie tylko zapewnia to środowisko do realizacji przedsięwzięć, ale również stanowi podłoże, na które trafiają nowi mieszkańcy. Zorganizowana grupa i zorganizowany podział zadań to szansa, by włączyć w ten rytm nowych ludzi. Prowincje i pojedyncze osoby temu zadaniu nie podołały.
Brak również inicjatyw, wokół których integrowaliby się Scholandczycy. Tak, jak kiedyś nad „życiem” pracowała cała Nowa Demokracja, tak i dziś potrzeba nam inicjatyw, przy realizacji których całe grupy Scholandczyków mogłyby się skupić.
Rodowe prowincje?
Przedstawiałem już raz pomysł na ekonomiczną reformę prowincji. Teraz jednak wpadł mi do głowy pomysł, by postulowane grupy budować wokół prowincji. Mamy w Scholandii kilka rodów- von Salvepol, Starcków, Dovskich, Scholandiae…. Każdy z nich mógłby wziąć pod swoją opiekę jedną prowincję. Oczywiście byłaby to opieka umowna- sankcjonowana wyborami lokalnymi. W ten sposób uzyskalibyśmy 1)grupy społeczne 2)przedmiot identyfikacji- prowincję 3)niezależność aktywności od stanu centrali 4)podłoże dla kształcenia nowych mieszkańców 5)grupową odpowiedzialność za losy prowincji i zapewnioną sukcesję. Pomysł wart rozważenia, w jego myśl złożyłem dziś podanie o stanowisko prefekta Dolii i Faerie.
Reset powszechny
By proponowane operacje mogły zakończyć się sukcesem, należy dokonać swego rodzaju „resetu”. Zapomnieć o dawnych krzywdach, zaszłościach i podejrzeniach i rozpocząć nowy marsz ku nowej Scholandii. Scholandia potrzebuje nowego rozdania. Społecznego, bo w polityczne już nie wierzę. Władzę centralną otrzymać powinni technokraci, ludzie kompetentni. Władzę w prowincjach oddajmy ideowcom.
Ostatnie komentarze